środa, 17 października 2007

Bilet aglomeracyjny

Bilet dla całej aglomeracji trójmiejskiej wraz z przyległościami jest dla jej mieszkańców niemal powtórnym przyjściem Mesjasza. Różne miasta, różne bilety, różne taryfy. Tu płacisz 70 groszy, tam 1 złoty. W jednym miejscu jeździsz tak długo, aż autobus stanie na pętli, gdzie indziej tylko 10 minut. Praktycznie każde miasto miało swój sposób rozliczania się z przewoźnikami. Jednak w myśl hasła porozumienie ponad podziałami postanowili się włodarze miast i prezesi zarządów transportu dogadać. Dzieckiem tego romansu miał być bilet dla całej aglomeracji zaczynającej się przy hotelu Górski w Pruszczu, a kończącej się gdzieś w Wejherowie. Nie dość, że długo je robiono, to na dodatek jest już sporo przenoszone i raczej bez cesarki się nie obejdzie.
Bilet miał się już pojawić dawno, dawno temu. W początkowej fazie tylko na ZKMy, bez SKMki. Jednak ktoś wpadł na pomysł, zresztą dobry, żeby SKM jednak podłączyć. Oczywiście miało być pięknie, a wyszło jak zawsze. Bilet więc będzie, ale w styczniu, bo Gdynia nie ma wprowadzonych biletów elektronicznych. No ale najważniejsze, że się coś rusza i już niedługo będzie można przemierzać bezkres trójmiejskiej przestrzeni bez żadnych blokad. Zdecydowanie przyda się podczas Euro.
Oczywiście wszystko ładnie pięknie, ale zawsze musi być jakieś ale (jakby już obecnych było za mało). Bilet będzie relatywnie drogi, bo 200 złotych za pełnopłatny sieciowy na całą aglomerację od Pruszcza po Luizno (czy jakoś tak, wykaże się tu ignorancją i nie sprawdzę, jak sie zwie ta mieścina). I tu się nasuwa pytanie: skoro SKM jeździ do Tczewa, to czy nie można byłoby przedłużyć zakresu biletu? Czy w takiej sytuacji ludzie mieszkający w Tczewie, będą musieli kupić przedłużenie o te parę kilometrów?
Posunięcie władzy w sprawie biletu jest naprawdę ważne dla mieszkańców, jak kiedyś dla chłopów uwłaszczenie. Szkoda tylko, że niektórym zdejmując kajdany, zdjęto przy okazji buty.

czwartek, 11 października 2007

Wysiadanie

Niezależnie od tego czym i gdzie jadę mam do czynienia z sytuacją, która powtarza się codziennie, niemal jak w Dniu świstaka. Czynność ta, to wysiadanie z dowolnego środka transportu.
Weźmy na przykład taką sytuację. Wracam z uczelni i jestem zmuszony do tego, żeby wysiąść z tramwaju pod Dworcem Głównym. No i tu się zaczynają problemy. Tramwaj się zatrzymuje. Ludzie przy drzwiach czekają na otwarcie drzwi, a razem z nimi ja - szeregowy żołnierz próbujący się przedrzeć przez linię wroga. Pod drzwiami na przystanku ustawia się motłoch, najczęściej moherowy, który próbuje się dostać do tramwaju, bo akurat wtedy musi jechać do lekarza. Drzwi się otwierają. Spotykają się dwie siły: wysiadający i wsiadający. Następuje starcie. Omaha jak strzelił. Przewagę mają wysiadający. Przynajmniej teoretycznie powinni mieć, bo są u góry. Czysta fizyka. Niestety, dziwnym trafem motłoch próbujący zdobyć tramwaj szturmem, niczym Rewolucja Francuska Bastylię, zdobywa przewagę i wpycha Wysiadających do środka. Oddziały moherowych beretów nie wiadomo skąd zdobywają siłę, by rozbić oddziały próbujących wyjść studentów. Dochodzi do przepychanek. Ktoś krzyczy Spierdalaj!, ktoś inny (czyt. ja) pod nosem wyzywa i tak już nieżyjące matki moherów od najstarszego zawodu świata. Wsiadający nieubłaganie szturmują tramwaj. W końcu udaje się im. Moherowe berety puszczone w wir walki zdobywają ów wspaniały szynowy środek komunikacji miejskiej, zajmują pozycję i czekają na odjazd. Wysiadający jeszcze długo pomstują na wsiadającą hołotę, włodarzy miasta, rząd (niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi) i na resztę świata, o której nie zdążyli podczas tego starcia pomyśleć.
A wystarczyłoby tylko stanąć z boku i poczekać, aż wszyscy wysiądą... Ale nie, bo to, kurwa, miejsce siedzące wszyscy by chcieli. I jeszcze najlepiej obok motorniczego. Prawie jak w Wąchocku - autobusy szersze niż dłuższe, bo to szlachta obok kierowcy i przy oknie chce siedzieć jednocześnie. Se przypomniał motłoch o szlacheckich korzeniach w najmniej adekwatnym do tego momencie. To już nie Dzień świstaka, a Dzień świra.

SKM Gdańsk Główny - Pruszcz Gdański i odwrotnie

SKM jadąca do Tczewa jest składem dość specyficznym. Gdy staje na stacji Gdańsk Główny, jej pasażerowie nagle, w magiczny sposób, zmieniają się z metropolitalnych zwierząt, dla których jazda koleją jest równie oczywista jak codzienne wstawanie, mycie zębów czy chodzenie do toalety, w zaściankowych pociągowych śpiochów. Ludzie w ciągu kilku sekund przechodzą kompletną metamorfozę. Nagle stają sie kulturalniejsi, zanim siądą pytają się czy dane miejsce jest wolne, wyciągają książki i oddają się im bez reszty niczym prawdziwe mole książkowe. Równie nagle zaczynają zdejmować kurtki i, jeśli tylko jest taka możliwość, kłaść bagaż na górne półki. Nawet kanary wydają się wtedy odmienieni. Zawsze uśmiechnięci i spokojni. Nie trzaskają drzwiami, a przy wejściu do przedziału w bardziej sympatyczny niż zawsze sposób mówią Dzień dobry.
Któregoś razu na peronie w Pruszczu kanary próbowały spisać pewnego jegomościa z wielkimi siatami. Ów jegomość strasznie się szamotał i próbował uciec renomowcom. Panowie chcieli go powstrzymać, ale niestety ta leniwa i spokojna atmosfera udzieliła im się zbyt mocno i jegomość z torbami szybko wskoczył do SKMki.
Inna sprawą są miłośnicy piwa. Ci bez żenady rozpoczynają delektowanie się swoim złotym trunkiem zaraz po tym jak pociąg ruszy. Przedział wypełnia się wtedy cudownym zapachem taniego browaru z okolicznego Bielkówka. Żyć się odechciewa w takim towarzystwie.
Moment, w którym SKM zmienia się w pociąg regionalny jest niemal magiczny. Taka podróż to jak przejście przez lustro, a pasażer to Alicja, która w jednej chwili przechodzi z świata zabieganych w labiryncie szczurów supermarketowych do świata miłośników nędznej jakości piwa.