Niezależnie od tego czym i gdzie jadę mam do czynienia z sytuacją, która powtarza się codziennie, niemal jak w Dniu świstaka. Czynność ta, to wysiadanie z dowolnego środka transportu.
Weźmy na przykład taką sytuację. Wracam z uczelni i jestem zmuszony do tego, żeby wysiąść z tramwaju pod Dworcem Głównym. No i tu się zaczynają problemy. Tramwaj się zatrzymuje. Ludzie przy drzwiach czekają na otwarcie drzwi, a razem z nimi ja - szeregowy żołnierz próbujący się przedrzeć przez linię wroga. Pod drzwiami na przystanku ustawia się motłoch, najczęściej moherowy, który próbuje się dostać do tramwaju, bo akurat wtedy musi jechać do lekarza. Drzwi się otwierają. Spotykają się dwie siły: wysiadający i wsiadający. Następuje starcie. Omaha jak strzelił. Przewagę mają wysiadający. Przynajmniej teoretycznie powinni mieć, bo są u góry. Czysta fizyka. Niestety, dziwnym trafem motłoch próbujący zdobyć tramwaj szturmem, niczym Rewolucja Francuska Bastylię, zdobywa przewagę i wpycha Wysiadających do środka. Oddziały moherowych beretów nie wiadomo skąd zdobywają siłę, by rozbić oddziały próbujących wyjść studentów. Dochodzi do przepychanek. Ktoś krzyczy Spierdalaj!, ktoś inny (czyt. ja) pod nosem wyzywa i tak już nieżyjące matki moherów od najstarszego zawodu świata. Wsiadający nieubłaganie szturmują tramwaj. W końcu udaje się im. Moherowe berety puszczone w wir walki zdobywają ów wspaniały szynowy środek komunikacji miejskiej, zajmują pozycję i czekają na odjazd. Wysiadający jeszcze długo pomstują na wsiadającą hołotę, włodarzy miasta, rząd (niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi) i na resztę świata, o której nie zdążyli podczas tego starcia pomyśleć.
A wystarczyłoby tylko stanąć z boku i poczekać, aż wszyscy wysiądą... Ale nie, bo to, kurwa, miejsce siedzące wszyscy by chcieli. I jeszcze najlepiej obok motorniczego. Prawie jak w Wąchocku - autobusy szersze niż dłuższe, bo to szlachta obok kierowcy i przy oknie chce siedzieć jednocześnie. Se przypomniał motłoch o szlacheckich korzeniach w najmniej adekwatnym do tego momencie. To już nie Dzień świstaka, a Dzień świra.
Weźmy na przykład taką sytuację. Wracam z uczelni i jestem zmuszony do tego, żeby wysiąść z tramwaju pod Dworcem Głównym. No i tu się zaczynają problemy. Tramwaj się zatrzymuje. Ludzie przy drzwiach czekają na otwarcie drzwi, a razem z nimi ja - szeregowy żołnierz próbujący się przedrzeć przez linię wroga. Pod drzwiami na przystanku ustawia się motłoch, najczęściej moherowy, który próbuje się dostać do tramwaju, bo akurat wtedy musi jechać do lekarza. Drzwi się otwierają. Spotykają się dwie siły: wysiadający i wsiadający. Następuje starcie. Omaha jak strzelił. Przewagę mają wysiadający. Przynajmniej teoretycznie powinni mieć, bo są u góry. Czysta fizyka. Niestety, dziwnym trafem motłoch próbujący zdobyć tramwaj szturmem, niczym Rewolucja Francuska Bastylię, zdobywa przewagę i wpycha Wysiadających do środka. Oddziały moherowych beretów nie wiadomo skąd zdobywają siłę, by rozbić oddziały próbujących wyjść studentów. Dochodzi do przepychanek. Ktoś krzyczy Spierdalaj!, ktoś inny (czyt. ja) pod nosem wyzywa i tak już nieżyjące matki moherów od najstarszego zawodu świata. Wsiadający nieubłaganie szturmują tramwaj. W końcu udaje się im. Moherowe berety puszczone w wir walki zdobywają ów wspaniały szynowy środek komunikacji miejskiej, zajmują pozycję i czekają na odjazd. Wysiadający jeszcze długo pomstują na wsiadającą hołotę, włodarzy miasta, rząd (niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi) i na resztę świata, o której nie zdążyli podczas tego starcia pomyśleć.
A wystarczyłoby tylko stanąć z boku i poczekać, aż wszyscy wysiądą... Ale nie, bo to, kurwa, miejsce siedzące wszyscy by chcieli. I jeszcze najlepiej obok motorniczego. Prawie jak w Wąchocku - autobusy szersze niż dłuższe, bo to szlachta obok kierowcy i przy oknie chce siedzieć jednocześnie. Se przypomniał motłoch o szlacheckich korzeniach w najmniej adekwatnym do tego momencie. To już nie Dzień świstaka, a Dzień świra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz